Strona:Mali mężczyźni.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że to zamiast ją psuć, wzbudza tylko przekonanie że swą obecnością, sprowadza promienie słoneczne; że uśmiéchem, rozpogadza wszystkie twarze; a drobnemi troskami, napełnia serca tkliwém współczuciem.
Sama o tém niewiedząc, czyniła wiele dobrego swym młodym poddanym. Rządy jéj były bardzo łagodne; a potęgę raczéj czuł każdy, aniżeli widział. Delikatna natura uczyniła ją wybredną we wszystkiém, i to wywierało wielki wpływ na chłopców. Nie pozwalała naprzykład, by jéj który dotknął brudnemi rękami, i dla tego w czasie jéj pobytu wychodziło więcéj mydła, niż zazwyczaj; uważali sobie bowiem za największy zaszczyt, nosić na rękach jaśnie panią, a za największą hańbę, gdy wzgardliwie zawołała: „Idź precz, brudny chłopczyku.“
Nie lubiła głośnéj mowy, kłótnie ją przestraszały; odzywali się więc chłopcy do niéj łagodniejszym tonem, a zatargi były uciszane przez widzów, jeżeli główni działacze nie zdołali porozumiéć się sami. Sprawiało jéj to przyjemność, żeby jéj posługiwano; więc starsi chłopcy spełniali rozkazy bez szemrania, a mali we wszystkiém byli jéj niewolnikami. Prosili, żeby im wolno było ciągnąć jéj wózek, nosić koszyczek, lub podawać półmiski przy obiedzie. Żadna usługa nie wydawała się zbyt niską: to téż Tomek z Antosiem pobili się raz, o zaszczyt wyczyszczenia jéj bucików.
Andzia najwięcéj jednak skorzystała, na miesięczném obcowaniu ze starannie wychowaną panienką: Becia patrzyła bowiem z podziwieniem i przestrachem w wielkich niebieskich oczach, gdy ta psotnica trzpiotała się, — i zazwyczaj uciekała, jakby od dzikiego zwierza.
Tkliwéj Andzi, dolegało to bardzo; z początku