Strona:Mali mężczyźni.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozdział trzynasty.
Złotowłosa.

Po tém ostatniém zajściu, nastąpił w Plumfield spokój, i nieprzerwanie panował przez kilka tygodni. Starsi chłopcy czując, że Andzia i Robcio zabłądzili z ich winy, otaczali ich aż do umęczenia, ojcowską troskliwością; mniejsi zaś, tyle razy słyszeli opowiadanie Andzi o przebytych niebezpieczeństwach, że zabłąkanie, uważali za największe nieszczęście. Prawie nie śmieli wytknąć nosków za bramę, z obawy, żeby ich nie zaskoczyła noc, albo żeby się nie ukazała wśród ciemności, pstrokata krowa.
„Ta cisza nie może trwać długo,“ myślała pani Ludwika; gdyż wychowując chłopców od kilku lat, przekonała się, że po tak przykładném sprawowaniu się, następują zwykle wyskoki. Mniéj roztropna kobiéta sądziłaby, że jéj wychowańcy wyszli na świętych, ale ona przygotowaną była, iż wulkan domowy nagle wybuchnie.
Jedną z przyczyn tego błogiego spokoju był pobyt Beci, którą rodzice zostawili w Plumfield na cały miesiąc, wybrawszy się sami w podróż z niezdrowym dziaduniem. Złotowłosa była dla chłopców: dzieckiem, aniołem i czarodziejką. Miała ona niezrównany urok; złote włosy, odziedziczone po matce, otaczały ją niejako lśniącą zasłoną. W chwilach łaskawości uśmiéchała się z po za nich do swych wielbicieli, a gdy ją kto obraził, kryła się za nimi. Ojciec nie pozwalał ich obcinać, spadały więc niżéj pasa; a tak były miękkie i błyszczące, że Adaś utrzymywał, że to jedwab, uprzędzony z kokonu.
Wszyscy chwalili „księżniczkę“, ale się zdawało,