Strona:Mali mężczyźni.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Jak ci się zdaje, czy dobre jest mojéj matki lekarstwo?“
„O, dobre!“ odparła Andzia, pokonana całodzienną samotnością.
„Mam nadzieję, że już nigdy nie będzie potrzebne.“
„I mnie się tak zdaje,“ odpowiedziała dziewczynka z taką siłą przekonania, że pani Ludwika poprzestała już na tém, żeby nie psuć morałami wpływu pokuty.
Tu ukazał się Robcio, niosąc z wielką ostrożnością, ciastko upieczone na spodku.
„Patrz, torcik z moich jerzyn: dam ci go połowę na kolacyę,“ rzekł z głębokim ukłonem.
„Dla czego miałbyś go dać, kiedym była niegrzeczna?“ zapytała Andzia pokornie.
„Dla tego, żeśmy się razem zabłąkali; zresztą, już dziś nie będziesz niegrzeczną, prawda?“
„Nigdy, już nigdy!“ odrzekła stanowczym tonem.
„To dobrze. Teraz pójdę do Maryi-Anny, żeby nam pokrajała ten torcik, bo już wielki czas na herbatę,“ powiedział Robcio, i znowu się ukłonił.
„Andzia chciała biedz za nim; ale powstrzymawszy, rzekła:
„Zapomniałam, że nie mogę pójść.“
„Sprobuj, przekonaj się,“ powiedziała pani Bhaer, która nieznacznie rozwiązała sznurek.
Spostrzegłszy że jest wolną, ucałowała ją dziewczynka z zapałem, i frunęła hyżo; jak ptaszek a za nią podążył i Robcio, wylewając w biegu sok z jerzyn.