Strona:Mali mężczyźni.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tak samo, jak Andzię,“ rzekł do matki, skoro ujrzała nowego jeńca.
„Może być, że i ty zasługujesz na maleńką karę, wiedziałeś bowiem, że się nie należy odłączać od całéj gromadki.“
„Andzia zabrała mię z sobą,“ odpowiedział, bo chociaż gotów był podzielić się karą, nagany nie chciał przyjąć.
„Mogłeś niepójść; wprawdzie jesteś jeszcze mały, ale masz sumienie, i powinieneś się nauczyć być mu posłusznym.“
„Kiedy sumienie nic nie powiedziało, jak mię Andzia namawiała, żeby przejść na drugę stronę wału.“
„Przysłuchiwałeś się, czy cię ostrzega?“
„Nie.“
„Więc nie możesz wiedziéć.“
„Ono musi być jeszcze takie słabiutkie, że choć się odzywa, to go nie mogę dosłyszéć,“ dodał, zamyśliwszy się chwilę.
„Musimy je wzmocnić, żeby głośniéj przemawiało. — Zostań tutaj do obiadu, i rozmawiajcie o tém z Andzią. Spodziéwam się, że póki ja nie pozwolę, to się żadno z was nie odwiąże.“
„O nie, zpewnością!“ odrzekli, widząc w tém niejaką zasługę, że sami dopomagają do ukarania siebie.
Przez godzinę, sprawiali się bardzo dobrze; lecz potém sprzykrzyło się im siedziéć w pokoju, i zatęsknili do wolności. Nigdy ich tak jeszcze nie wabił przedsionek: nawet maleńka sypialnia nabrała nagle uroku, i chętnie byliby w niéj budowali namioty z najładniejszych firanek od łóżeczek. Otwarte okna drażniły ich także, bo się nie mogli do nich zbliżyć, a zewnętrzny świat wydawał się tak pięknym, iż dziwnie im było, że mogą czasem narzekać na nudy.