Strona:Mali mężczyźni.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Andzia miała szaloną ochotę pobiegać w koło trawnika; a Robcio z przykrością przypomniał sobie, że psa nie nakarmił rano, i był ciekawy co téż robi ten biédny Pollux. Spoglądali ciągle na zegar, i Andzia zrobiła kilka dodawań z minut i sekund, a Robcio tak się dobrze wyuczył nazywać godziny: od ósméj do pierwszéj, że ich już nigdy nie zapomniał. Jakaż to była męka połykać woń obiadu, wiedziéć że będzie pudding z jerzyn, a nie brać w nim udziału! Gdy Marya-Anna zaczęła podawać półmiski, wychylali główki, żeby zobaczyć jakie przynosi potrawy. Andzia obiecała nawet, że jéj pomoże słać łóżka, jeżeli dopilnuje, żeby jéj się dostało dużo sosu do puddingu.
Przybiegłszy ze szkoły, zastali chłopcy te dwoje dzieci szamoczące się na postronkach, jakby źrebięta; i ten dodatek do nocnéj przygody, bardzo ich zbudował i zabawił.
„Mamo, proszę mię już odwiązać! Na drugi raz będzie mię sumienie mocno ostrzegało: wiem z pewnością,“ rzekł Robcio, gdy się dzwonek odezwał, i Teodorek wbiegłszy, przyglądał się z zadziwieniem braciszkowi.
„Zobaczymy,“ odpowiedziała matka, puszczając go na wolność. — Pobiegł zrazu coprędzéj, do przedsionka; lecz wrócił niebawem przez jadalny pokój, usiadł przy Andzi, z twarzyczką rozpromienioną cnotliwém zadowoleniem, i rzekł:
„Czy mogę jéj tu przynieść obiad?“ Żal mu bowiem było towarzyszki niedoli.
„Poczciwy mój synek! Dobrze; przysuń stolik i postaw krzesło,“ rzekła pani Ludwika, i pobiegła poskromić inne dzieci, — jak zwykle, — szalejące z głodu, w południe.
Andzia zjadła zatém obiad samotnie, i spędziła