Strona:Mali mężczyźni.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Toby chyba każdego wyleczyło!“ zawołała Andzia, ceniąca wolność nadewszystko.
„Mnie wyleczyło; sądzę, że i ty się wyleczysz, gdy użyję tego sposobu,“ rzekła pani Ludwika, biorąc niespodzianie ze stołu, kłębek ze sznurkiem.
Andzia siedziała bardzo zgnębiona, patrząc jak przywiązuje wkoło jéj stanika jeden koniec, a do poręczy od sofy, drugi.
„Przykro mi krępować cię, jakby szkodliwego pieska; ale kiedy jesteś bezrozumna jak piesek, to się muszę odpowiednio obejść z tobą.“
„Wcale na to nie narzekam, bo lubię udawać psa,“ odrzekła Andzia z obojętną minką; poczém zaczęła szczekać, i stanęła na czworakach. Pani Ludwika niezwracając na to uwagi, zostawiła parę książek, chusteczkę do obrąbiania, i odeszła. Nie było to przyjemne dla Andzi: więc po chwilce, sprobowała rozplątać węzeł; ale ponieważ był przymocowany z tyłu do fartuszka, wzięła się do drugiego końca. Dokonawszy tego wkrótce, zwinęła starannie sznurek i właśnie kiedy już miała uciec oknem, dał się słyszéć głos pani Ludwiki, która idąc przez sień, rzekła do kogoś:
„Nie przypuszczam, żeby umknęła, bo honorowa z niéj dziewczynka. Zresztą wié, żem to uczyniła dla jéj dobra.“
W jednéj chwili Andzia wróciła do stolika, przywiązała się sama, i zaczęła szyć zapamiętale. — Gdy Robcio nadszedł, tak był zachwycony tą nową karą, że się przywiązał kawałkiem tasiemki do drugiéj poręczy od sofy, chcąc w ten sposób dotrzymać Andzi towarzystwa.
„Ja także zabłądziłem, więc trzeba mię uwiązać