Strona:Mali mężczyźni.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zamiast się ociągać przez nieśmiałość, jak się spodziewała, czémprędzéj ujął skrzypce, i dotykał się ich z taką ostrożnością, że widać było, jak namiętnie miłuje muzykę.
„Będę się starał zagrać jak najlepiéj,“ rzekł, i natychmiast pociągnął smyczkiem po strunach, jak gdyby mu pilno było usłyszéć znowu drogie sobie tony.
Wielka była wrzawa w pokoju, lecz Alfred jakby głuchy na wszelkie dźwięki, prócz tych jakie sam wydobywa, grał z cicha dla siebie, przejęty rozkoszném uczuciem. Była to tylko jedna z tych prostych murzyńskich pieśni wykonywanych zazwyczaj przez ulicznych grajków; ale tak się podobała chłopcom, że przestali swawolić, wsłuchując się z zadziwieniem. Zwolna przysuwali się coraz bliżéj; pan Bhaer przystąpił także i badawczo śledził młodego muzyka, który grał bez końca, zapomniawszy o otoczeniu. Oczy mu błyszczały, twarzyczka pałała, palce drgały, podczas gdy obejmował czule skrzypki, i przemawiał do serc swym ulubionym językiem.
Serdeczny poklask wynagrodził go sowiciéj, niżby tego dokazał rzęsisty deszcz grosików, skoro umilkł i rozejrzał się dokoła, mówiąc niejako:
„Starałem się zagrać jak najlepiéj, żeby wam sprawić przyjemność.“
„Prześlicznie grasz!“ zawołał Tomek który się uważał za jego opiekuna.
„Będziesz pierwszym skrzypkiem w naszéj orkiestrze,“ dodał Franz z uśmiechem.
Pani Bhaer szepnęła do męża:
„Teodorek ma słuszność; w tém dziecku jest coś niezwykłego.“
Profesor skinął na to głową, i klepiąc Alfreda przyjaźnie poramieniu, rzekł: