Strona:Mali mężczyźni.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sobie korzenie, żeby je zjadać, a ja lubię kopać,“ odparł Robcio, nielękający się głodowéj śmierci.
„Prawda; możemy téż łapać i gotować żaby. Mój ojciec jadał je kiedyś i mówi, że są bardzo smaczne,“ powiedziała Andzia, któréj się wydawało romantyczném zabłąkanie się, nawet pomiędzy krzakami jerzyn.
„Jakim sposobem moglibyśmy gotować żaby? Przecież nie mamy roznieconego ognia.“
„Nie wiem; na drugi raz wezmę zapałki do kieszeni,“ odrzekła Andzia, zniechęcona trochę tą przeszkodą.
„Czy nie możnaby rozpalić ognia świecącym robaczkiem?“ zapytał Robcio, widząc, że latają tu i owdzie, jakby skrzydlate iskierki.
„Sprobujmy.“ Przyjemnie im zeszło kilka chwil, łapali bowiem robaczki, probując zapalić nimi zielone gałązki. Jednakże gdy się próby okazały daremne, wzgardliwie je uwolnili i zdeptali urwane gałęzie.
„Jakoś mama długo nie przychodzi,“ rzekł znowu Robcio po chwili milczenia, w czasie którego przyglądali się gwiazdom, oddychali miłą wonią traw, i wsłuchiwali się w serenadę świerszczy.
„Nie wiem, na co Pan Bóg stworzył noc, kiedy dzień jest daleko przyjemniejszy,“ odezwała się Andzia z zadumą.
„Na to, żeby spać,“ rzekł Robcio, ziéwając.
„To śpij!“ odparła cierpko.
„Do tego trzebaby leżéć w łóżeczku. Ach, jakżebym chciał zobaczyć Teodorka!“ zawołał biédny chłopaczek, któremu świergotanie ptasząt, bezpiecznie siedzących w gniazdkach, boleśnie przypominało dom. Andzię zaczęła ogarniać rozpacz, bo nienawidziła czekania, — rzekła więc: