Strona:Mali mężczyźni.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Potém pani Bhaer wyniosła go, uśmiéchającego się prawie przez sen.
Gdy się skończyła wieczorna gawęda, gdy ucichły śpiewy i ustał ruch w domu, Dan leżał w swym miłym pokoiku, oddany nowym myślom, pełen nowych nadziei i życzeń, które się rozbudziły w jego dziecięcém serduszku. Miłość i wdzięczność rozpoczęły dzieło, którego dokonać miały: czas i praca. Ze szczerém postanowieniem dotrzymania pierwszéj obietnicy, Dan złożył ręce wśród ciemności i wyszeptał modlitewkę Teodorka: „Boże, błogosław wszystkim i dopomóż mi być dobrym.“





Rozdział dziesiąty.[1]
Wuj Teodorek.

Przez cały tydzień, Dan przenosił się tylko z łóżka na sofę; byłyto długie, uciążliwe dni, bo noga czasami bardzo bolała i przymusowy spokój męczył ruchliwego chłopca, który byłby chciał używać lata na wolném powietrzu. Starał się znosić cierpliwie swoje położenie i wszyscy mu to ułatwiali na różne sposoby, więc czas jako tako schodził. Nareszcie w sobotę rano, usłyszał od doktora następujące słowa:
„Stan tego chłopca daleko jest lepszy, niżem się spodziéwał, dajcie mu więc kule po południu i niech się pokręci w koło domu.“
„Hurra!“ wykrzyknął Alfred i pobiegł do kolegów z tą dobrą nowiną.

Wszyscy się bardzo uradowali i po obiedzie zebrała się cała gromadka, podczas gdy Dan prze-

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błędna numeracja rozdziału; powinno być: jedenasty