Strona:Mali mężczyźni.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


teraz możesz liczyć na naszę pomoc i mam nadzieję, że cię nauczymy radzić sobie w życiu. Czyś zapomniał, jak cię dawniéj uczył ojciec Bhaer, że trzeba być dobrym i prosić Boga o pomoc?“
„Nie, pani,“ odrzekł Dan cichutko.
„Probujesz jeszcze tego sposobu?“
„Nie,“ odparł jeszcze ciszéj.“
„Będziesz to czynił co wieczór, przez wzgląd na mnie?“
„Będę!“ odpowiedział uroczyście.
„Liczę na to i zdaje mi się, że poznam, czyś wierny przyrzeczeniu, bo takie rzeczy są widoczne dla osób wierzących w ich skuteczność. — Mam tu powieść o chłopcu, który jeszcze gorzéj, niż ty, skaleczył sobie nogę; przeczytaj ją, to się przekonasz, jak dzielnie znosił swój krzyż.“
Dawszy mu do rąk śliczną książkę, zostawiła go z godzinę, wpadając niekiedy, żeby się nie czuł osamotnionym. Dan nie lubił czytać, ale wkrótce tak go ta powieść zajęła, że się zdziwił, gdy chłopcy wrócili już do domu. Stokrotka przyniosła mu bukiecik z polnych kwiatów; Andzia napraszała się, żeby jéj pozwolono podać mu wieczerzę; a koledzy siedząc przy stole, uśmiechali się doń przyjaźnie, z poza stosów chleba z masłem.
Pan Bhaer zaniósł go wcześnie do łóżka, a Teodorek przyszedł w nocnéj koszulce powiedziéć dobranoc, gdyż wraz z ptaszkami układał się zwykle w swém gniazdku.
„Chciałbym zmówić paciolet psy Danciu, cy modę?“ zapytał, a gdy matka pozwoliła, ukląkł przy łóżku Dana i złożywszy pulchne rączki, mówił zwolna:
„Plosę Boda, zeby blodoslawil wsysttich i zeby mi pozwolil być doblym.“