Strona:Mali mężczyźni.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jakim sposobem trafiłaś?“ zapytał Tomek, i cała gromadka ją otoczyła, rozciekawiona tym jéj wybrykiem.
„Nie zabłądziłam ani razu.“
„I uszłaś milę drogi?“
„Prawda że to porządny kawał, alem często wypoczywała.“
„A kuferek nie bardzo był ciężki?“
„Owszem; w dodatku jest okrągły, więc go trudno było trzymać; myślałam téż, że mi ręce poodpadają.“
„Dziwię się, że ci go wydał zawiadowca stacyi,“ powiedział Tomek.
„Wcale się nie udawałam do niego i nie widział gdym zdjęła rzeczy z platformy, bo zajęty był sprzedażą biletów.“
„Pobiegnij Franz, i powiedz mu, że wszystko jest wporządku, bo stary gotów myśléć że go okradziono,“ rzekł pan Bhaer, śmiejąc się wraz z innymi, z zimnéj krwi Andzi.
„Wszakże ci mówiłam że jeżeli rzeczy nie nadejdą, to po nie poszlemy. Na drugi raz musisz czekać, bo nic łatwiejszego, jak sobie narobić biédy, takiém bieganiem. Przyrzeknij że usłuchasz, gdyż inaczéj nie pozwolę ci odchodzić saméj, ani na krok,“ rzekła pani Bhaer, obciérając jéj z kurzu twarzyczkę.
„Dobrze, nie z robię już tego; ale ponieważ mię papa uczył, żebym się nie ociągała z żadném zajęciem, więcem poszła.“
„Podobno jéj nie przegadamy, daj jéj zatém spokojnie zjeść wieczerzę, a potém dopiéro wyłajesz ją na cztery oczy,“ powiedział pan Bhaer; tak go bowiem zabawiła ta wyprawa dziewczynki, że nie był wstanie jéj gromić.
„Przez cały czas wieczerzy, opisywała Andzia swe przygody, i tak: jakiś duży pies szczekał na nią, jakiś