Strona:Mali mężczyźni.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Usposobienia ich były pokrewne, przewidywał zatém wyborne figle w przyszłości.
„Będę z wami grała w piłkę, bo ja to umiem!“ rzekła Andzia; lubiła bowiem przyłożyć rączki do wszystkiego, i nie bała się bólu.
„Nie gramy teraz; zresztą nasza strona umiała zwyciężyć i bez ciebie.“
„W każdym razie mogę was zwyciężyć w bieganiu,“ powiedziała znów Andzia, licząc wiele na tę umiejętność.
„Czy ona potrafi biegać?“ zapytał Alfred, Jakubka.
„Bardzo dobrze — jak na dziewczynę,“ odrzekł tenże, z góry spoglądając na nią.
„Chcesz sprobować?“ zapytała, gdyż jéj było pilno popisać się.
„Nie, bo jest za gorąco,“ odezwał się Tomek i ociężale wsparł głowę o płot.
„Co się dzieje z Nadzianym?“ zapytała znów Andzia, któréj bystre oczki latały na wszystkie strony.
„Uderzył się w rękę piłką, więc się zaraz rozbeczał według zwyczaju,“ rzekł Jakubek wzgardliwie.
„Ja nigdy nie beczę, chociażbym się najbardziéj skaleczyła, bo tylko dzieci mażą się o byle co.“ Powiedziała Andzia z dumą.
„Jednakże doprowadziłbym cię do płaczu — we dwie minuty,“ odrzekł zapérzając się, Nadziany.
„Sprobuj.“
„Jdźże urwać tę pokrzywę,“ rzekł.
Urwawszy ją natychmiast, z tryumfem trzymała Andzia w rączce, chociaż ją strasznie parzyła.
„Brawo!“ zawołali chłopcy, chętnie przyznając odwagę, nawet płci słabszéj.
Nadziany, gorzéj jeszcze sparzony, postanowił, bądź co bądź, zmusić ją do płaczu; rzekł zatém żeby ją