Strona:Mali mężczyźni.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rozdrażnić: Jesteś przyzwyczajoną dotykać się ręką wszystkiego, więc cię to nic nie kosztuje, ale uderzno głową o stodołę, tylko z całéj siły! Zobaczymy, czy nie wrzaśniesz.“
„Nie rób tego!“ rzekł Alfred nienawidzący wszelkiego okrucieństwa.
Ale Andzia rozpędziła się, i biegnąc prosto ku stodole, tak uderzyła głową, że padła na wznak. Odurzona, lecz niezwalczona bynajmniéj, podniosła się i rzekła pewnym głosem, chociaż cierpienie malowało się na twarzyczce:
„Boli mię, ale nie płaczę.“
„Zrób to jeszcze raz!“ odezwał się Nadziany gniewnie i Andzia byłaby go zadowolniła, lecz ją Alfred powstrzymał; Tomek zaś zapomniawszy o upale, jak kogut, rzucił się na Nadzianego, krzycząc:
„Daj jéj pokój, bo cię przerzucę przez stodołę!“ i tak go trząsł i szarpał, że przez chwilę nie wiedział biédak na którym jest świecie. Skoro go już wreszcie puścił Tomek, rzekł na swoją obronę, te tylko słowa:
„Ona sama tego chciała.“
„To wstyd, w każdym razie, że dręczysz dziewczynkę mniejszą od siebie,“ rzekł Adaś z wyrzutem.
„E! ja na to nie uważam; zresztą, nie jestem małą dziewczynką, bom starsza od ciebie i od Stokrotki!“ zawołała niewdzięczna Andzia.
„Nie praw nam kazań, kiedy niéma dnia, żebyś sam nie dokuczał Stokrotce!“ zawołał komandor, ukazawszy się w téj chwili.
„Ja jéj nie kaleczę, prawda Stokrotko?“ rzekł Adaś do siostry, która głaszcząc oparzone rączki Andzi, zalecała przykładać zimną wodę, do guza na czole.
„Na całym świecie niéma lepszego chłopca od