Strona:Mali mężczyźni.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Héj Stokrotko, gdzie jesteś?“
Stokrotka przyszła, i zdawała się rada z przybycia gościa, ale zrobiła nieco zalęknioną minkę, skoro Andzia rzekła, skacząc ciągle, jak gdyby niemogła ustać w miejscu:
„Ja tu na zawsze zostanę! Papa pozwolił, i kuferek z rzeczami nadejdzie jutro. Trzeba było wszystko prać i naprawiać, a twoja ciocia, jak tylko przyjechała, zaraz mię wzięła z sobą. Powiedz, czy się nie dobrze stało?“
„I owszem; a przywiozłaś tę dużą lalkę?“ zapytała Stokrotka, bardzo tego pragnąc, bo za ostatniéj bytności, zburzyła Andzia domek lalki, i zniszczyła delikatną płeć Matyldy, obmywszy wodą, jéj gipsową twarz.
„Musi tu gdzieś być bom ją wzięła z sobą,“ odparła Andzia, zbyt obojętnie, jak na matkę.
Zrobiłam ci w drodze pierścionek z włosia wyciągniętego koniowi z ogona, — chcesz go?“ zapytała, podając Stokrotce ten zadatek przyjaźni, gdyż po ostatniém widzeniu się, przysięgły, że już nigdy nie będą do siebie mówić.“
Stokrotka ujęta pięknym podarkiem, stała się serdeczniejszą, i zapraszała gościa do dziecinnego pokoju, ale Andzia rzekła:
„Chciałabym zaraz pójść do chłopców i do szopy.“
Po tych słowach, puściła się pędem, tak prędko obracając w ręce kapelusz, że się wstążka odeń oberwała, i padł na ziemię, gdzie pozostał na łasce losów.
„Hurra! Andzia!“ zawołali chłopcy, gdy wpadła pomiędzy nich, wołając:
„Ja tu już zostanę!“
„Hurra!“ wykrzyknął Tomek, siedzący na płocie.