Strona:Mali mężczyźni.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„To od niego zależéć będzie, — przynajmniéj tak się spodziewam.“
Co rzekłszy, pan Bhaer wyszedł z pokoju, by napisać list do pana Page, a chłopcy otoczyli Dana, jak to zwykle bywa, gdy się ktoś wybiéra w podróż, do nieznanych krain.
„Ciekawym, czy ci się tam spodoba?“ odezwał się Jakubek.
„Jak mi będzie źle, to sobie pójdę,“ odrzekł Dan z zimną krwią.
„Dąkąd?“ zapytał Alfred.
„Na morze, na zachód, albo do Kalifornii,“ odparł Dan tak obojętnie, że po malcach mrowie przeszło.
„Ach nie rób tego! Posiedź jakiś czas u pana Page, a potém wróć tutaj, proszę cię, Danie!“ mówił błagalnie Alfred, bardzo zasmucony tą całą sprawą.
„Wszystko mi jedno gdzie pójdę, jak długo tam pozostanę, i niech mię powieszą, jeżeli tu wrócę kiedy,“ wyrzekłszy te gniewne słowa, poszedł pozbierać swe rzeczy, będące wszystkie darem pana Bhaer.
To było jedyne pożegnanie Dana z chłopcami, gdyż podczas kiedy rozmawiali w stodole o tém co zaszło, zeszedł na dół, i spotkawszy Alfreda przykazał, żeby ich nie wołał.
Kiedy karyolka stanęła przed domem, pan Bhaer ukazał się z tak smutnym wyrazem twarzy, że Danowi serce zmiękło, i rzekł z cicha:
„Czy mogę pożegnać się z Teodorkiem?“
„Dobrze, mój drogi, idź go pocałować; będzie bardzo tęsknił do swego Dancia.“
„Z jakim wyrazem twarzy pochylił się Dan nad kolebką dziecięcia, rozradowanego jego przybyciem, tego nikt nie widział. — Po chwili doszły jego uszu błagalne słowa pani Bhaer: