Strona:Mali mężczyźni.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Fritz, czy nie moglibyśmy jeszcze jeden raz przebaczyć temu chłopcu?“ a mąż odpowiedział stanowczym tonem:
„Nie zdałoby się to na nic, niech się więc lepiéj tam uda, gdzie nie zdoła szkodzić tym, co pragną jego dobra. Późniéj będzie mógł jednak powrócić; to ci obiecuję, moja droga“
„Z nim jednym tylko nam się nie powiodło, i tak mię to martwi, bom się spodziéwała, że pomimo dzisiejszych wad, wyjdzie na dzielnego człowieka.“
Dan usłyszał westchnienie pani Ludwiki i byłby chciał uprosić jeszcze jednę zwłokę, ale mu duma nie pozwoliła, i z twardym wyrazem twarzy, w zupełném milczeniu, uścisnął tylko ręce państwu Bhaer, poczém odjechał z profesorem, — Alfred zaś i pani Ludwika ścigali go załzawionemi oczyma.
W kilka dni potém, nadeszła wiadomość od pana Page, iż Dan dobrze się sprawuje — co wszystkich niezmiernie ucieszyło; ale w trzy tygodnie późniéj, napisał drugi raz, że Dan uciekł i zginął bez wieści. Całe grono zasępiło się wówczas, a pan Bhaer powiedział:
„Może należało zostawić mu jeszcze czas do poprawy?“
Ale pani Ludwika kręcąc głową, odrzekła roztropnie:
„Nie turbuj się tém, Fritz; on wróci do nas, jestem pewna.“
Jednakże czas upływał, a Dana nie było widać.