Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szowi zacietrzewionego mędrca, młodzieniec zatem, przywitawszy Gilbertę i jej matkę, i ująwszy pod ramię Rolanda, zbliżył się do stołu, który przez uczonego starostę zmieniony był chwilowo w trybunę.
Jan de Lamothe nie domyślał się obecności wroga, stojącego nieruchomo za jego fotelem.
Ergo, kochany margrabio-kończył swą rozprawę-Cyrano de Bergerac jest oszustem, albowiem ziemia nie obraca się i obracać nie może, gdyż jest płaska, jak tego dowiódł znakomity Jan Grangier.
— Otóż właśnie, obraca się! — wyrzekł w tej chwili mocnym głosem Cyrano — na powierzchni zaś jej niema z pewnością nic bardziej płaskiego nad pańskie dowodzenia.
Starosta przechylił się gwałtownie na bok, jakby nad uszami zagrzmiała mu trąba Sądu Ostatecznego.
— A!-wykrztusił wreszcie, gdy go trwoga ominęła-to pan zarzucasz mi nieprawdę?
— Tak ja-odrzekł, śmiejąc się, poeta, — -Gotów też jestem natychmiast dowieść tego, jeśli pan zechcesz mnie wysłuchać i jeśli damy zezwolą.
Jan de Lamothe ściągnął brwi. Ale w gruncie był niezmiernie rad zdarzeniu, Przeciwnika trzymał w ręku — z rozkoszą pokona go, zmiażdży, unicestwi.
Skupiono się dokoła zapaśników, Walka obiecywała być zajmującą.
— Tak więc, mój panie-zaczął starosta, rozsiadając się dumnie wprost Cyrana i starając się wziąć go odrazu zgóry—podtrzymujesz pan dotąd jeszcze swą nieszczęsną utopię? Ależ to są, mój panie, drwiny ze wszystkich, którzy ramoty twoje czytają. Skąd pan wyrwałeś ten koncept, że słoń-