Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy nie posuwasz się pan za daleko, mości de Lamothe? Bergerac jest przyjacielem i stałym bywalcem naszego domu.
— Pan go przyjmujesz?
— Ależ tak! Sambyś się o tem przekonał, mości starosto, gdybyś nie skąpił nam tak bardzo swych odwiedzin.
— Wiedza jest panią despotyczną — niema względów, ani litości — oświadczył, jakby na usprawiedliwienie swe, starosta.
— Upewniam cię, przyjacielu, że Bergerac zyskuje na bliższem poznaniu i że nie czuć go bynajmniej smołą gorącą, choć w istocie twierdzi,że księżyc jest samieszkany i że ziemia się obraca.
— Ale otóż to właśnie najbardziej mnie rozdrażnia! Nie obraca się ona ani trochę — mogę ci to raz jeszcze okazać jak najdowodniej.
Margrabiemu opadła głową na piersi. Nie był na ten nowy cios przygotowanym. Wzrok żebrzący pomocy i zmiłowania zwrócił na towarzyszów swych, ale ci zasypiali już snem błogosławionych, w olbrzymich, miękko wysłanych fotelach. Drugie ramię Jana de Lamothe wyciągnęło się ponownie nad stolikiem i nad rozłożoną na nim kartą nieba.
— Uważaj pan dobrze-wyrzekł głosem nosowym. — To małe kółko przedstawia księżyc, to drugie-ziemię, a ja...ja wyobrażam słońce.
— Wcale skromna rola...— mruknął de Faventines między dwoma nieznacznemi ziewnięciami.
Po tem wstępnem objaśnieniu uczony przystąpił do rzeczy.
Podczas gdy rozwijał z największym zapałem swe teorie, popierając je krzykliwemi argumentami, drzwi salonu otworzyły się zwolna i wszedł Cyrano de Bergerac.
Margrabia milczącym znakiem wskazał przyby-