Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Doprawdy!
— Wszystko w tych liniach jest mrokiem i tajemnicą. Pozwól mi zebrać myśli, jaśnie panie.
— Są więc tam rzeczy straszne?
— Być może!
Zilla z pochyloną głową, z okiem w jeden punkt utkwionem, pogrążona w milczącej zadumie, zdawała się o świecie całym zapominać.
Podczas gdy wszyscy zajęci byli tą sceną, młodzieniec jakiś, skromnie odziany, o śmiałych ruchach i złośliwym wyrazie twarzy, wmieszał się nieznacznie do towarzystwa. Był to Sulpiciusz Castillan, sekretarz Cyrana. Nie znalazłszy swego pana w pałacu Burgundzkim, przybywał szukać go w pałacu Faventines.
Szlachcic dał mu znak, który mówił:
„Nie odzywaj się ani słówkiem i czekaj. Jesteś mi potrzebny.”
Rolanda de Lembrat zaczynały już niecierpliwić długie ceregiele wróżki,
— Powiedz nareszcie, co jest do powiedzenia — rzekł cierpko.— Widzisz, że wszyscy na to czekają.
Lecz Zilla potrząsnęła głową i, odsuwając rękę hrabiego, szepnęła:
— Nie, ja tego powiedzieć nie mogę.
— Tajemnica? Tak najwygodniej.
Odgadywaczka przyszłości zatopiła ostre jak sztylet spojrzenie w szydzących oczach sceptyka; potem odparła dobitnie:
— Tak najroztropniej...dla spokojności pańskiego umysłu.
Hrabi wzruszył lekceważąco ramionami.
— Dość tych kuglarstw! Zaśpiewaj nam teraz jaką piosenka miłosną. To wolę.
Do rozmowy wmieszał się starszy z mężczyzn.