Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To już należy do Manuela.
A towarzyszowi rzucił rozkaz:
— Zbierz siły, kolego, i wygłoś przed pięknemi damami jedną ze swych improwizacyj.
Ale rozkaz, zamiast ożywić i zachęcić młodzieńca, przeraził go widocznie, Podniósł on na Gilbertę prawie błędne spojrzenie i zaraz potem zwiesił głowę na piersi, jakby uginając się pod ciężarem, przechodzącym jego siły. Nagle jednak błyskawica energji zapłonęła w jego oczach; podniósł głowę zwycięsko, jakby natchnienie sił mu dodało i, odrzucając wtył płowe włosy, zbliżył się do panny de Faventines.
Gilberta wsparła głowę na ramieniu Pakety.
— Spojrzenie tego człowieka miesza mnie i niepokoi... — szepnęła do ucha powiernicy.
— Jest dumne i pewne siebie — zauważyła ta ostatnia półgłosem.
Cyrano w obecności improwizatora przybrał minę zamyśloną. Zresztą młodzieniec ów zwrócił na siebie powszechną uwagę.
Manuel wykonał na lutni krótką przegrywkę, następnie głosem śpiewnym, lekko drżącym i wzruszonym zpoczątku, lecz w miarę, gdy unosiło go natchnienie, rosnącym w siłę i dźwięczność, wypowiedział następne wiersze:

Czyż dlatego, żem dziecię cygana,
Które ludzie niewinnie przeklęli,
Ze mnie przepaść, niczem niezrównana.
Od kobiety ukochanej dzieli
Że jej uśmiech nigdy nie rozjaśni
Mej miłości, co wyrosła w cieniu —
Mam żyć w wiecznej z przeznaczeniem waśni?
Mam się męczyć i konać w milczeniu?


— O Boże! — szepnęła Gilbeta, drżąca ze wzruszenia