Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Bywam nim niekiedy, wielmożny panie.
— Jesteśmy w takim razie braćmi. Pozdrawiam cię w imię Apollina.
— Młodzieniec skłonił się.
— Dzięki, panie Cyrano — rzekł uprzejmie.
— Znasz mnie zatem? — Jak wszyscy w Paryżu.
„To dziwne — myślał w tej chwili Cyrano — rysy tego chłopca doskonale są mi znajome. nawet dźwięk jego głosu nie jest mi obcy.“
I w zamyśleniu jął na nowo wzrokiem przenikliwym badać od stóp do głowy młodego grajka.
— Co ci jest, przyjacielu? — zagadnął Roland, zauważywszy dziwny wyraz twarzy Sawinjusza.
Poeta ocknął się z zadumy.
— Nic — odrzekł. — Studjowałem swego kolegę po lutni. Poeta jest zawsze zwierzęciem niezwykłem i godnem uwagi.
Nastała chwila wyczekiwania, podczas której, wśród tej grupy z najsprzeczniejszych żywiołów złożonej, krzyżowały się spojrzenia, będące przeróżnych uczuć wyrazem.
Cyrano nie przestawiał badać Manuela; Manuel wpatrywał się rozpłomienionym wzrokiem w Gilbertę, którą przyprawiało to o niepojęte wzruszenie.
Oczy Zilli, zwrócone na Manuela, ciskały błyskawice; Roland przenosił wzrok z jegnej osoby na drugą, starając się odgadnąć znaczenie tajemniczej sceny.
Co się tyczy człowieka z czarnemi włosami, nie przyglądał się on nikomu, myśląc jedynie o tem, aby się jemu nie przyglądano, Obecność Cyrana dokuczała mu niezmiernie“
Poeta zwrócił się nagle do Gilberty z propozycją:
— Może Zilla postawi pięknej zasępionej horoskop? Czy zgoda?