Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Potem obróciłbym wodne oczy
na łańcuch szczytów, na zygzak zboczy.
Hej, tam w górze, pod skalną drzazgą,
wianek pikiet czy orle gniazdo?
A w dole — pancerny chrząszcz zębaty
czy tank, zakuty w żelazne płaty?
Trzeba mi nurt w jeden obszar zebrać:
to bitwa!
Wówczas powierzchnią srebra
odzwierciedliłbym atak bystry,
spojrzenia luf, pocisków świsty,
i przedarcie się przez kolczasty drut,
i pod czołg granatu śmiertelny rzut,
a potem odwrót, ogień i pościg,
w pomroce boru świecące kości
i pni barykady; w ostatniej scenie,
w łachmanach koszul, w strzępach onuc:
strzelają! — nad nimi samolot jak owad.
I wiedziałbym: to milicja ludowa,
i będąc rzeką nie mógłbym pomóc.

Jak więc tę krwi bohaterskiej barwę
na burzliwych falach do kraju nieść mi?
Chyba z własnych brzegów sitowia narwę
i uczynię lutnię dla nowej pieśni;
chyba wieżą stanę: niech fala najwyższa
omyje wały, okopy i zgliszcza,
i spazmując wybuchami pian,
dalej, dalej, pod San Sebastian,
gdzie leniwy bród, gdzie warowny gród,
z garstką ofiarnych dla obrony.
I potoczę masy wezbranych wód,
gniewem i krwią rozpłomieniony!