Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale zwarłbym się w granatowy kłąb,
żyłkowany zarysem przyszłych grzmotów,
na czole wieniec deszczowych splotów,
w uszach spirale powietrznych trąb,
i dotarłbym do krwawej rubieży,
gdzie sępy dziobią ciała żołnierzy,
gdzie skała na skale, i w ogniach leży
Sierra Guadarrama.

Słyszysz ponad przepaścią chór
z minuty na minutę rosnących chmur?
To błyskawicowe eskadry!
Jak bolid czarny, gdy runie na dół,
tak ja wirem burzy i ścianą gradu
zagrodziłbym drogę na Madryt!


II

Gdybym ja był
strugą czystą,
z ziemi wybuchłą, światłem pienistą —
o, nie skakałbym pośród śliskich skał,
ani w słońcu cały aż do dna drżał,
ani bym się błoniem kwiecistym wił,
ani mój tęczowy kiełkowałby ił,
ale rozlałbym się w szeroką, szeroką rzekę,
i popłynął przez wąwozy, gdzie dym
zasnuwa las jak po strzale piorunu,
i z cichym westchnieniem zebrałbym
łzy sierot i wdów Irunu...