Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nad trawnikiem rozpięty w najśpiewniejsze linie?
Kto z iglastej urody obdarł wszystkie pinie?
Kto konwalie podebrał i śnieżystym snopem
rzucił w ogromny garnek z tańczącym ukropem?

Korzenie, które z gleby, jak z wielkiej cysterny,
ciągnęły mineralnych soli rzeźki napój,
tutaj stają się niczym: — najpierw ciężki topór
obdziera je ze skóry i przekrawa na pół,
potem ołowiany młot przezwycięża opór
tkanek, rozbija naczyń rysunek misterny,
wreszcie młynek przemienia w białą i brunatną
miazgę to, co przed chwilą miało kształt i miano.
Ach, kiedy noże maszyn pneumatycznych natną
młody pęd sosny i ze środka wydostaną
najpiękniejsze żywiczne krople, kiedy z łez tych,
wypłakanych przez drzewo w kryształowy flakon,
filtry wyciągną wonną treść — to rozpacz taką
jakież potrafią oddać patetyczne gesty?

A liście — patrz! — te same, które w słońcu mokrym
poranka żeglowały na powietrza fali
źródlanej, a każdy był jak zielony okręt
i w szkle błękitnym rosą płomienną się palił —
leżą oto w pierzastych naręczach pod piętą
prasy. Te, których szorstki pocałunek leczył
oparzelizny, skórę boleśnie napiętą
wypogadzając — teraz, ukropem zalane,
marszczą się w pęcherzyki, pełne chorej cieczy.
Jakiż balsam zasklepi liścia gorzką ranę,
kiedy zielone siostry — lekarki poległy?

Tymczasem piec z platyny i szkarłatnej cegły,
z ciężkim westchnieniem czarną otworzywszy czeluść,
czeka ładunku, który ma do środka przeleźć.
Więc najpierw arcykuchcik zanurza retortę,