Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w której kipią czeremchy, prane kwasem tortur,
potem idą peonie, za nimi konwalie,
słonecznych pól emulsje, wietrznych łąk emalie;
w końcu olbrzymia blacha wędruje do wnętrza,
na której róż podartych wonny stos się spiętrza.

Na wierzchu martwe kwiaty, a pod spodem bryły
węgla, które też kiedyś roślinami były.
Tak organizmów starych spopielone kości
niweczą ciała pięknych efebów — z zazdrości!


Komentarz drugi: pochodzenie węgla

Przechodzisz. Pod ciosami stóp kamienne płyty
głucho dźwięczą. Spostrzegłeś i stajesz jak wryty:

Stado bawołów, które w południowym znoju
przez brazylijski pampas gna do wodopoju,
że aż cholera trzęsie terenem równiny,
że aż jęczą w podstawach górskie połoniny, —
to stado, skrwawionymi palcami od przodu
pochwyciwszy za rogi, ogromna dłoń głodu
przenosi tu — i ostrych pił bezsennej warcie,
sforze haków i siekier rzuca na rozdarcie!
Obok czeka błyszczący świeżą stalą tartak,
w podwójne zęby strojna mosiężna wiertarka.
Zmielą te zęby konia i warchlaka zmielą,
odgryzą wielogłowy łeb rodzeństwu cieląt,
zetrą w proch ich przedśmiertne szlochy i rzężenia,
poszarpią na sekundy ich ostatnie tchnienia,
a iżby nie znalazły ciszy poza grobem,
wydrą z nich serce, płuca, pęcherz i wątrobę.

Dokądkolwiek się zwrócisz, poprzez gęstą parę
widzisz przekrwione, wielkie, słodkie oczy saren,