Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to łatwo?
— Spróbuj no tak!
Trzeba —
więc idziesz rad nierad,
i świecisz we sto potęg!“
Gadaliśmy do zmroku — tfu,
do byłej nocy, myślę.
Bo gdzie tam mrok?
Na „ty“, na „twój“
niebawem z sobą byliśmy.
I oto się już
gwiazdy dnia
po plecach tłuc nie boję.
A słońce również:
„Ty i ja,
nas, towarzyszu, dwoje!
Poeto, pieśni światu
ładź,
hej, orli rozmach bierzmy!
Ja będę swoje słońce lać
i ty — też swoje,
wierszem!“
Mur cieni,
nocy czarnej lej
pod słońc dwururką runął.
Świateł i strof żywiole, dniej!
Świtaj we sto piorunów!
A przyjdzie zmierzch
i zechce noc
zatopić
w zgniłej mazi snów —
wiem ja,
na całą zalśnię noc —
i dzień na niebo włazi znów.