Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Stanęło.
Sapiąc, że aż strach,
tak przemówiło basem:
„Dziś pierwszy raz ogniową twarz
obracam wstecz
do świtu.
Wołałeś mnie?
Herbatę parz!
Poeto, lej konfitur!“
Od blasku niemal płaczę już,
w głowie od żaru zamęt.
Lecz — ręką na samowar:
„Cóż?
To siadaj, ojcze planet!“
Wrzeszczałem — i za swoje mam.
Do kroćset!
Nie w humorze
siadłem na ławkę na brzeg sam,
i drżę —
nuż będzie gorzej!
Lecz dziwna biła mgiełka mgnień
od słońca.
Zapomniawszy
o względach
dyskurs wiodę z niem,
wciąż śmielszy i ciekawszy.
Że tak i owak,
parę słów
o moich ansach w Roście.
A słońce:
„Nie martw się.
Cóż znów?
Patrz się na rzeczy prościej.
A myślisz,
mnie oświecać świat