Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


oburzało,
i wpadłem w pasję,
klnąc tę jaśń,
aż w lęku świat zzieleniał,
krzyknąłem słońcu w ślepia:
„Złaź!
Dokąd się szwendasz, leniu?“
Krzyknąłem słońcu:
„Mądreś ty!
W obłokach płyniesz wdzięcznie.
A tu robota — tkwij i tkwij,
plakaty rysuj, męcz się!“
Krzyknąłem słońcu:
„Czekaj Waść!
Łbie złoty, słuchaj no mnie!
miast znów
bezczynnie
w mroki zajść,
zajdź
na herbatę do mnie!“
Cóżem ja zrobił!
Jakżem mógł!
Zginąłem!
Już na łące,
płomienie rozstawiwszy nóg
wprost na mnie
kroczy słońce.
Ja ani drgnę, że niby chwat,
cofam się pomalutku.
Już oczy słońca weszły w sad,
już całe jest w ogródku.
Przez okna,
drzwi,
szparą przez dach
waliła słońca masa.