Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wędrowcy tajnych ścieżek — słychać ją w tętencie
Końskim, i każde ucha do ziemi przytknięcie
Nabrzmiewa nią jak głuchym wulkanicznym grzmotem.
Już dotarła — rozchodzi się — wieść dźwięczna o tem,
Że Polska będzie, że we wstrząsach zmartwychwstanie,
Że będzie stać na szczęściu ludów, nie na gwałtach,
Stepami zaczepiona o tatrzańskie granie,
A bursztynowym czołem oparta o Bałtyk,
Że powstanie, męczeńskim blaskiem rozwidniona,
I błyśnie łzą, i okiem wzruszonym zaświeci,
I wystarczy jej szczęście wezbranego łona,
Aby nakarmić wszystkie miłowane dzieci.
Owieje ją pieniste powietrze wolności,
Nowością oszołomi kolor zwykłych rzeczy,
Żywiczny zapach ziemi duszę z ran wyleczy,
Powikłane cierpieniem serce się uprości.


∗             ∗

Wiosna! Wiosna! Już cuda powstają widomie,
W trzasku seryj, w huku bomb, w zenitowym gromie.
Już strumień krwi nawisie kamienie podmywa,
I osuwa się w przepaść lawina straszliwa.
Jeszcze ostatni zasiek — hurra! — jeszcze błyska
Jakaś strzelnica — same ją ręce połamią!
I naprzód — przez dymiący stos pobojowiska —
W słońcu, w rozkrzyżowaniu bezgranicznym ramion,
W okrzyku, w pocałunków ulewie majowej!
Swobodo! Skroń Ojczyzny tchem burzliwym owiej
I uskrzydlaj zwycięzców płomienne szeregi!