Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W zaspie śniegu, pod drzewem jakimś rosochatym,
W staromiejskim zaułku, zatęchłym i krzywym,
Historia z partyzanckim czyha automatem,
I przysiągłbyś, że zmarli pomagają żywym.
Tam, lękiem pustej nocy zwiększeni w dwójnasób,
W widmowych frakach, lotnych niby skrzydła sine,
Rozkopując srebrzysty od księżyca nasyp,
Łukasiński z Trauguttem zakładają minę.
Tam Waryński mazurem kajdaniarskim dzwoni,
W bramy fabryk napada na transporty broni,
Otwiera Pawiak. Przez świat śnieżycą zamglony
Jedzie Ściegienny — za nim chłopskie bataliony,
Nad siodłem zgięte cienie we wstęgach naboi.
Jeden zsiadł — konia w rzece lodowatej poi.
Spójrzcie mu w twarz — to Jakub Jasiński! Dosiada
Konia, wyjeżdża na brzeg. Skąd ta błyskawica
Na czole? Wysłała go Narodowa Rada.
Musi oddać list do rąk samego Staszica,
Który ożył i walczy... W szronu aureoli
Szemrzą żywe kamienie Modlina i Kutna.
Cicho. Nad ruinami zorza wzeszła smutna,
Buczek z granatem błądzi po ulicach Woli,
Tak oto kwiatami krwi, co nigdy nie więdną,
Przeszłość i Teraźniejszość splatają się w jedno,
I zapatrzeni w boju wczorajszego zjawy,
Dzisiejsi ludzie giną dla jutrzejszej sprawy.


∗             ∗

Ponad odpływającą granicę niewoli
Nad morze mroku, które cofa się powoli,
Wzleciała wieść sygnałem umówionych rakiet,
Przemycili ją, niby szyfrowany pakiet,