Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wysoko nad kolce i tyki
bujające w słońcu — słoneczniki.

Kolejarska działka. Poczta. Stąd
w obie strony, równo, uroczyście,
srebrnych topól wybiega rząd,
w chwieruczące odzianych liście.
W niebie cisza. Tylko pod prąd
mknie w niedosłyszalnym poświście
jedna mała pierzasta chmurka,
niepogody wczorajszej córka.

Jaka czystość! Jakie napięcie!
Dech zamiera w piersiach od woni.
Pod stopami, w zielonym odmęcie,
skaczą zbóż lokatorzy zieloni.
Tu lot pszczół, tu na każdym zakręcie
w gęstej trawie świerszcz polny dzwoni,
tu, zgarniając blaski rozsnute,
dzień urasta z minuty na minutę.

Jest za stacją, za ogródkiem, za żytem,
ni to pustka, ni to pastwisko.
Sterczy w polu, deszczami rozmytem,
kępa krzaków, schylonych nisko.
Tam wycieczka pod niebios błękitem
rozłożyła obozowisko.
Cień gałęzi, głęboki i lepki,
objął szare papierowe torebki.

W przezroczystej kąpieli poranka
glina szkli się chlebnym zakalcem.