Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gotowanych jaj skorupy, jak pianka,
błyszczą w słońcu, gdy dotknąć ich palcem.
Sól sypie się w traw obłe kolanka,
dzięgiel w cukrze, dziewanny ze szmalcem.
Śmiech cienkimi strużkami płynie,
jakby walca kto grał na mandolinie.

Wśród melodii ziół tajemniczej
głosem skrzypiec szeleści pergamin.
Troska życia przez chwilę jest niczem,
jeśli „słońce“ powtarzać wargami.
Słońce, złoci! Nawet nauczyciel
zdaje w słońcu zręczności egzamin,
ściga się z chłopcami po błoniach,
macha kozły, chodzi na dłoniach.

A na krańcu, gdzie błękitniejący
nad łąkami pył się rozwleka,
gdzie z kamieni wybija się drżący
ruczaj — tam, niby wyspa daleka,
szumi las — pachnie las wielkorządcy,
użyźniony próchnem człowieka,
i tyle w nim słodkich jagód na zboczach
ile iskier w nadąsanych złych oczach.


Niespodzianka, dzieci!
Przepasany dymem wpół,
drugi pociąg leci,
szkłami okien świeci,
wali w tor łapami kół,
wszystkim wiatrom dmie na złość,