Strona:Lubiński - Wianek z Górnego Śląska.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A w nich kupa księży wszędzie,
Jakby w odpust pełno luda;
A muzyka rznie na cuda
W robotny dzień i w niedziela.
Choć-to niemce, jednak wiela
Snać o Pana Boga dbają,
Bo i świętych se stawiają
Na rynku i przed bronami,
I na koniach i z szablami,
Jeden jakiś tez z widłami
Cały nagi stoi w wodzie...
Co tez-to za różni święci! —
Na, dalibóg, drogi kumie,
Kto nie widział, nie zrozumie,
Bo jest napatrzeć se cego;
Choć nie pomnę juz wszyskiego,
To wam padam, jakem stary,
Jak na dziwnem patrzał cary.
Jednak przyznom wam się Stachu,
Nie obesło se bez strachu
W tym Wrocławiu. Bo te niemce
Na nas by na cudzoziece
Jeno z boku zaglądali,
Jak kiebyśmy co porwali,
Szwargotając swą niemcyzną,
Co jak wam se scero przyznom,