Strona:Lubiński - Wianek z Górnego Śląska.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wieczór jesienny.

Przez złupione z kwiatów łany
Wiatr wieczorny z świstem bieży,
Z pyłu podnosząc tumany
Głuchą ciemność w koło szerzy.
 
Mgliste widma rosną w górę,
Wyciągają swe ramiona,
I stoją zlawszy się w chmurę,
Przed księżycem, jak zasłona.

Oniemiał las, zmilkły pienia
Już śpiewaków w nim bawiących;
Chyba słyszysz śród milczenia
Łoskot skrzydeł uchodzących.

Chyba ozwie się samotny
Puszczyk, co za łupem bieży,
Albo w siłę wiatr dwukrotny
Silniej w suche drwa uderzy.

Przyrodo, smutnyć stan taki!
Choć nie sama śmierć to jeszcze,
Ale śmierci to oznaki,
Są to zimne skonu dreszcze.