Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sztukmistrzu ziemski, czémże twe obrazy,
Czém twoje myśli i twoje wyrazy?
I ty się skarżysz, że ktoś w braci tłumie
Twych myśli i słów i dzieł nie rozumie?
Spójrzyj na mistrza i cierp Boży synu
Nieznany, albo wzgardzony od gminu.

Do domu waszego zbliżałem się ze strachem, siostry przebiegały korytarz, widać było jakieś zamięszanie, niespokój wielki.
Pan Adam słysząc że ktoś nadchodzi wyjrzał przez wpół otwarte drzwi.
— «Przychodzę dowiedzieć się o zdrowiu pani Celiny?»
— «Źle się ma» — i Adam usiadł przy stoliku w salonie w którym stał w kącie jego biust robiony przez Davida d’Angers, wskazując mi miejsce po drugiéj stronie.
— «Cóż mówią doktorzy?»
— «Ach! doktorzy, siły wyczerpane..., są znaki»... i tu się zamyślił tak głęboko, przymrużył oczy i gdzieś tak daleko powędrował duszą, że minął kwadrans dobry nim się zdobył na zapytanie.
— «Cóż porabiasz?...»
Na które ja biorąc za kapelusz odpowiedziałem ukłonem i spojrzeniem, na więcéj zdobyć się nie mogąc.
— «Miejmy nadzieję.»
— «Tak, tak, choćby przeciwko wszelkiéj nadziei; dziękuję ci, a zachodź do mnie, bo zdaje mi się, że się przybliża chwila stanowcza.»
Jak ojciec wasz kochał matkę i jaki miał dla niéj szacunek, to wiecie sami najlepiéj, najemne płaczki użalają się nad nim ubliżając wielkiemu sercu téj niewiasty, która