Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


znajomością, ach! ach! ale niechno potrzeba zaskoczy, a zobaczysz jak skurczą łapki pod siebie i jak im się nosy powyciągają, wtedy to będą milczeć, albo sznurować usteczka. Bywaj zdrów, trzeba mi złapać omnibus, a oto właśnie nadjeżdża.» — Pożegnałem go i pomyśliłem czyby nie należało zajść do Arsenału, dowiedzieć się co się tam dzieje? pójdę, ale nie po to żeby się widzieć z Adamem; choćbym zastał nie wejdę, zostawię tylko bilet... Kłopoty w jakich się znajduje nie usposabiają do rozmowy; gdybym był z nim jak Bohdan, to co innego, ale stosunek mój do Adama jest innéj natury. Genjusz, stanowisko w narodzie, nauka ogromna, różnica wieku, wszystko to razem nie daje prawa do bliższéj zażyłości; nie zapominajmy nigdy czém jesteśmy, jeżeli chcemy godnie miejsce jakie nam pan Bóg przeznaczył zajmować; prosty robotnik jest bardzo szanowaną figurą, ale kiedy się chce równać z dyrektorem fabryki robi się głupim pyszałkiem; nie, życie należy brać seryo, a społeczeństwo uważać za armią uorganizowaną którą pan Bóg komenderuje, urzędy rozdzielając wedle zdolności. Kocham Adama jak nikt drugi, ale nie chcę żeby myślił, że się z nim mam ochotę poufalić; a chociaż byłem świadkiem jak nieraz mizerya emigracyjna pozwalała sobie bez ceremonii mówić mu: ty! Adamie! i on to przyjmował tak spokojnie jakby był chłopem u kośby, za którym jakiś tam ekonom woła: hej! Wojciechu! Macieju! Marcinie! uwielbiam pokorę, ale upokarzającego uważam za zbrodniarza.
Tu żeby wam dać wyobrażenie prawdziwego Chrześciań stwa waszego wielkiego ojca, opowiem o święconém u księdza Terleckiego. Było to w pierwszy dzień wielkanocy, przy ulicy Babylone; ksiądz Terlecki, wówczas przyjaciel Adama,