Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kochany Panie Władysławie,
Florencya, 27 czerwca 1874 roku.

Na bulwarach około porte Saint-Denis, przyglądałem się klatkom z wiewiórkami; ludzi zebrało się sporo i jam się zatrzymał, ot tak, nie wiedzieć dlaczego; patrzałem i bezmyślnie wyciągnąłem rękę do zwierzątka, kiedy głos Henryka zwrócił mnie w stronę zkąd wychodził.
— «Ugryzie cię, bo to bestya zła.»
— «Obłaskawiona.»
— «Nie wierz, pan Adam ledwie nie przepadł przez wiewiórkę.»
— «A to jakim sposobem?»
— «Idąc do Collège zobaczył takąż samą, podobała mu się i pomyślił: wezmę dla Marysi i matce będzie radość; kupił; ale gdzie ją tu pomieścić? bedelowi oddawać nie wypadało... a miał surdut z szerokiemi rękawami; w rękaw wsadzę, ścisnę, rzekł do siebie, i tak przegadam godzinę. Idzie; cicho, dobrze, ale na katedrze po kwadransie, wiewiórka któréj brakło powietrza, zaczyna się ruszać; przycisnął do boku nieznacznie, aż ta pomyka się w górę i tu w same muszkuły zaczyna go gryźć. Wiesz co to śmieszność we Francyi, to śmierć; więc nic, spogląda na zegarek, jeszcze dwadzieścia minut, a tu już krwi pełna ręka i przez palce leci; zebrał całą siłę ducha i uśmiechając się a przypominając biednych popowieszanych Dekabrystów dokończył lekcyi; znajomi i nieznajomi Słowianie wyciągali do niego ręce do uścisku, a ten wychodził, zaci-