Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się głęboko i w powrocie napisałem wiersz Do Matki Polki, wiersz bez nadziei, ale z ufnością w potęgę męczeństwa, a czy to męczeństwo nie skończy się odstępstwem polityczném, jak myślisz?...»
Pojmujesz, drogi panie Władysławie, że na zagadnienie podobne odpowiadać byłoby tosamo co stawiać się na miejscu wieszcza; milczałem więc i spostrzegałem jego wewnętrzną walkę i ból i pogardę jaka się na usta wydobywała; rozmowa przeniosła się do innego przedmiotu, do missyi jaką mu Rząd francuzki powierzał badania starożytności w Kierczu, zakończona dwoma słowami Adama: «biedny kraj! ale tam lud jest jeszcze z którym będą się mocować wieki, a chociaż do powstania nie skory, ale bo téż tu żylasta energia jedna nie poradzi».
Rozmowa ta wielkiego dla mnie znaczenia miała miejsce w pokoju ojca na górze, w owym domu przy placu Saint-Louis w Fontainebleau, który pamiętacie. Wyszedłem; ciotka wasza z Helenką powitały mnie w przejściu na dziedzińcu, ale ja tak byłem wzruszony i roztargniony, że nawet nie pamiętam czy im się ukłoniłem. Wojna, wypadki, nadzieje niby jakieś dla Polski, Adam jadący z missyą scientyficzną czy zawiązania stosunków ze Słowianami, smutny jak ofiara i spokojny jak ofiara, to wszystko szarpało mi serce; biegłem, kiedy poseł Trzciński zatrzymał mnie zapytaniem: czy Adam jest w domu, i gdzie tak spieszę? «do lasu». — «No, to potém przyjdź do mnie, może i Adam da się namówić. Pan Karol tam kucharzuje.»
Ale dość na dziś! Vale et nos ama,

Teofil.