Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czytelnicy z jego poematu sądzą; to pewna, że dzisiejsza wypaczona część inteligencyi zdanie to dzień po dniu powtarza. Bogaćmy się, kto? gdzie? Kilku zbogaconych nie wdaje się w nielogiczne wykrzykniki, a ci co prawią o bogactwie mogą, co najbardziéj ich zdolnościom finansowym przypada, grać na bursie i rujnować się do ostatka.
Ale dość! list twój, drogi Panie Władysławie, wywołał słowa których cofać nie chcę, i owszem za obowiązek uważam zostawić je i zestawić ze wspomnieniami o twoim wielkim ojcu.
Odjazd mój po raz pierwszy do Włoch już był ułożony... bez pożegnania z Adamem, bez usłyszenia jego słowa, trudno mi się było oddalić, wybrałem się więc do ojca na ulicę Notre-Dame-des-Champs; po drodze spotkałem zacną ś. p. panią Teklę Wołowską, która mi opowiadała coś o historyi polskiéj, przez siebie pisanéj i o księżnie Giedroyciowej czynnéj od rana do wieczora w niesieniu pomocy emigracyjnemu ubóstwu. Pożegnałem panią Teklę i zwróciłem się ku waszemu domowi; dzień był chłodny, śnieg popruszał, w pierwszym obszernym pokoju siedziała matka przy kominie, smutna, zapatrzona w zarzewie, twarz jéj wyrażała niezwykłą boleść. Pokłoniłem się, skinieniem głowy ledwie mi odpowiedziała.
O powód smutku wygnańca zbytecznie zadawać pytanie; znajdzie się na każdy dzień: jeżeli nie potrzeby materyalne, to tęsknota, jeśli nie ta, złe wieści od rodziny, a jeśli i z téj strony spokojnie, nieporozumienia w zbiorowisku.

Con la qual tu cadrai in questa valle.

Choroba, zniecierpliwienie i Bóg wie ile czarnych mar zapędza się na to przytulisko na obcéj ziemi.