Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W drugim pokoju, przy stoliku papierami zarzuconym, także w blizkości ognia stał ojciec w owym swoim długim surducie z szarém futerkiem:
— «No, cóż powiesz?» zagadnął mnie z jakąś jakby niechęcią, dawnośmy się nie widzieli.»
— «Nie miałem odwagi przyjść do Pana, naprzykrzać mu się» i cóś jak łzy zakręciły mi się w oczach; ojciec to dojrzał i natychmiast zmienił ton mowy.
— «No, siadaj bracie, ot zimno, a macie czém palić?»
To zapytanie które mi zabrzmiało, jak echo preokupacyi matki, uspokoiło mnie, ale napełniło smutkiem i pomyslałem sobie: czemuż nie jestem owym chłopem, który w dowód wdzięczności za poezye autorowi Messiady furkę drzewa ofiarował.
— «Na zimno się nie skarżę.»
— «I cóż poczynasz?»
— «Jadę do Włoch i przychodzę pożegnać Pana Adama.»
— «A to dobrze robisz, im więcéj poznasz świata tém więcéj twego. Gdzież jedziesz?»
— «Trafia mi się okazya zrobić podróż do Rzymu.»
— «To spotkasz tam i moję Marynię, która z ciotką panną Zofią pojechała do Rzymu» i to powiedziawszy Adam zamyślił się, może o czasie swojéj bytności w wieczném mieście i o téj podróży, którą dziś tak czarownie opisuje przyjaciel jego Antoni-Edward Odyniec.
— «Dobrze robisz, znajdziesz tam polskie familie i klasztorek naszych Zmartwychwstańców, wszakże ich znasz?»
— «Tak jest.»
«No i jakże jesteś z nimi?»
— «Ksiądz Semeneńko udziela mi książek z biblioteki