Strona:Liote.djvu/009

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przelotne, to wszystko, na czem opieram nadzieję, że ona mnie nie zdradzi...
Słyszę już, jak mówiąc: «wątła to podstawa» — śmiejesz się ze mnie, Hwashano, stary krokodylu, coś upasł się na sercach niewieścich! Ty — gdy zdradziła cię jedna — trzem bez namysłu kradłeś cnotę; kochanki miewałeś na codzień, od święta i na zapas, jak konfitury w spiżarni — i twierdzisz, że takie postępowanie to jedyny sposób zrównoważenia honoru mężczyzny ze czcią kobiety.
Pozwolę sobie być innego zdania.
Pod jednym względem tylko nie myślę się w życiu rozczulać: pragnę zostać jak najprędzej bogatym. Co zrobię wtedy? — pytasz. Kupię powóz, starego osła i starego Matsumę (przecież i on byłby do nabycia za miliony), zaprzęgnę ich razem do powozu, a Liote posadzę obok siebie z tęgim biczem w ręku. Oh, jakże się wezmę wtedy pod boki i jak serdecznie będziem się śmieli z moją miłą kochanką.


∗             ∗

Mam list od Liote; nadszedł dzisiaj.
Niech przyjazne bóstwa roztoczą opiekę