Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rantas nie minął. Był to stary Pieczników i Stepanida. Eugenjusz poznał ją i z radością zauważył, że go to nie wzruszyło. Była wciąż jednakowo przystojna, ale to nie zrobiło nań wrażenia. Wrócił do domu.
Zona wyszła na przeciw niego na ganek. Wieczór był przecudny.
— Można winszować? — spytał wujaszek.
— Można, wybrali mnie.
— Doskonale, oblejemy wybory.
Nazajutrz rano Eugenjusz wyjechał do gospodarstwa, zaniedbanego w ostatnich dniach. Na chutorze pracowała nowa młockarnia. Chodząc pomiędzy kobiety Eugenjusz starał się nie patrzeć na nie, ale mimo wysiłków zauważył dwukrotnie czarne oczy i czerwoną chusteczkę Stepanidy, która podawała słomę. Dwukrotnie spojrzał na nią z pod oka, i znowu doznał wrażenia, z którego nie umiał sobie zdać sprawy. Dopiero kiedy nazajutrz pojechał znów na gumno chutoru i spędził tam zupełnie niepotrzebnie dwie godziny, nie przestając pieścić oczu znaną sobie i miłą postacią młodej kobiety, poczuł, że zginął — zginął stanowczo i bez ratunku. Więc wrócą męki, wróci przerażenie i strach — i zguba.


∗             ∗

I stało się to, czego się spodziewał. Na drugi dzień wieczorem, sam nie wiedząc jak, znalazł się koło jej obejścia, tuż obok szopy ze sianem, gdzie