Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XIV.

W to samo święto, po obiedzie, Liza spacerowała z mężem po ogrodzie, a potem wyszła na pole, gdzie on chciał jej pokazać koniczynę. Przechodząc przez mały rów, potknęła się i upadła lekko na bok. Przecież jednak w jej twarzy zjawił się nietylko przestrach ale i wyraz bolu. Mąż chciał ją podnieść, ale ona wstrzymała go.
— Zaczekaj chwileczkę, Eugenij — rzekła patrząc nań z ziemi, jak mu się zdawało, z uśmiechem dziecka, które coś zbroi. — Noga mi się powinęła.
— Ja zawsze mówiłam — zakrzyczała Barbara Aleksówna. — Czy to można takiej kobiecie skakać przez rowy?
— Ależ mamo, to nic. Zaraz wstanę.
Wstała z pomocą męża, ale pobladła jeszcze bardziej, a w oczach miała przerażenie.