Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niedobrze mi — i szepnęła coś jeszcze do matki.
— Boże mój, cóżeście zrobili!. A mówiłam: nie chodź — krzyczała Barbara Aleksówna. — Zaczekajcie, przyszłą wam ludzi, trzeba ją zanieść do domu.
— Nie będziesz się bać, Liza, poniosę Cię? — zapytał Eugenjusz.. — Obejmij mię za szyję, tak.
Pochylił się, ujął ją pod nogi i uniósł. Nie mógł potem nigdy zapomnieć tego cierpiącego a zarazem miłego wyrazu jej twarzy w owej chwili.
— Ciężko ci, mój złoty — mówiła z uśmiechem.
— Ależ to mama biegnie, zawołaj ją.
I pochyliwszy się pocałowała go. Widocznie chciała żeby i matka widziała, jak on ją niesie.
Eugenjusz zawołał, aby Barbara Aleksówna nie spieszyła się, ale ta zaczęła krzyczeć jeszcze gniewniej.
— Upuścisz ją, upuścisz. Chcesz ją zgubić. Trzeba nie mieć sumienia na to.
— Doskonale ją niosę.
— Żeby tylko bez następstw, jak wtedy.
— Możesz się zmęczył, odpocznij.
Ale chociaż mu było ciężko, niósł ją aż do domu z jakąś dumną radością i nie oddał służbiei, którą wysłała Barbara Aleksówna. Zaniósł ją do sypialni i ułożył na łóżku.