Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale jakżeż ja mam żyć w ciągłej o to, obawie? Wogóle... ciężko mi.
— Czemuż niepokoić się, doprawdy? Nie szperaj w starzyżnie, bo oślepniesz. A kto wobec Boga nie zgrzeszył, ten i carowi nie winien.
— Przecież lepiejby było usunąć ją. Moglibyście pomówić z mężem
— Niema co mówić. Doprawdy, Eugenij Iwanowicz, nie ma co. Przeszło wszystko i zapomniane już. Czego to nie bywa na świecie! A któż o was powie co złego? Wszyscy was znają.
— Ale przecie, pomówcie.
— Dobrze. Pomówią.
Wiedział wprawdzie Eugenjusz, że to nie na wiele się przyda, ale sama rozmowa ta uspokoiła go cokolwiek. Przedewszystkiem rozumiał teraz że pod wpływem, wzburzenia przesadzał niebezpieczeństwo.
Czyż on szedł umyślnie na schadzkę z nią? Przecież to wogóle niemożliwe. Ot! wyszedł przejść się po ogrodzie, a ona nadbiegła przypadkowo.