Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i bakenbardach. W ochach błyszczących i ustach miał ten sam wesoły uśmiech, co i córka. Zbudowany był ślicznie; miał szeroką, po wojskowemu uwydatniającą się, klatką piersiową, niezbyt ozdobioną orderami, silne barki i kształtne nogi. Był to wojak starego typu.
Gdy podeszliśmy do drzwi, pułkownik wymawiał się, twierdząc, że zapomniał tańczyć, mimo to jednak, uśmiechając się, wyjął z pochwy szpadę, oddał ją młodemu usłużnemu człowiekowi, włożył na prawą rękę zamszową rękawiczkę i ujął rękę córki.
Poczekawszy chwilę na początkowe tony mazura, żwawo przytupnął jedną nogą, a potem począł okrążać salę, to cicho to posuwiście to znów hucznie i dziarsko. Wdzięczna postać Wareńki płynęła u jego boku. Cała sala śledziła poruszenia owej pary. Ja nietylko z zachwytem, ale i ze wzruszeniem patrzałem na nich. Szczególnie poruszyły mię jego buty, porządne skórzane, ale niemodne, z szerokimi nosami i bez obcasów, widocznie robione przez batalionowego szewca. „Żeby móc wozić na zabawy i ubierać ukochaną córkę, nie kupuje modnych butów tylko nosi domowej roboty myślałem. Widać było, że kiedyś pułkownik prześlicznie tańczył, ale teraz był już ociężały i nogi niezbyt służyły mu przy tych wszelkich szybkich i pięknych pas, które