Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie pozwolę na to — odezwałem się porywczo.
— Proszę o wachlarz — powiedziała.
— Żal mi go oddawać — rzekłem, podając jej biały taniutki wachlarz.
— Zatem proszę... na pocieszenie — i z temi słowy dała mi piórko, oderwane od wachlarza.
Wziąłem piórko i wzrokiem tylko wyraziłem cały mój zachwyt i wdzięczność. Byłem nietylko wesół i zadowolony, ale szczęśliwy i dobry, jak jakieś nieziemskie stworzenie, nieznające zła i zdolne tylko do dobrego. Schowałem piórko w rękawiczkę i stałem, nie mając sił, by odejść od niej.
— Widzi pan, ojca proszą, żeby zatańczył — rzekła mi, wskazując wysoką, piękną postać pułkownika, który stał z paniami we drzwiach.
— Wareńka, chodź tu, — dał się słyszeć donośny głos ubrylantowanej pani domu.
Wareńka podeszła ku drzwiom, ja za nią.
— Uproś ojca, ma chère[1], by przetańczył z tobą. No, proszę, Piotrze Władysławowiczu — zwróciła się do pułkownika.

— Ojciec Wareńki był to bardzo piękny, wysoki, okazały i czerstwy starzec. Twarz miał — rumianą o białych wąsach, podkręconych po Mikołajewsku

  1. Moja droga.