Strona:Leo Lipski - Dzień i noc.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dmie znad Wołgi.
— Czy to prawda, że wolna siostra Natasza ma się ku jakiemuś Ze Ka?
— Prawda. Wszyscy o tym mówią. Że to odbywa się na stole w ambulatorium. Na bardzo niewygodnym...
— Dość. Mówmy o czymś innym. Będę musiała zwolnić Buehlera.
— Dlaczego?
— Rozkaz z góry, że wszyscy z 58... Bardzo go lubiłam. Dość.
Popatrzyłem na nią. Dziewczyna z liceum w szkolnym płaszczu. Granatowy z futerkiem na brzegach. Z kołnierzem barankowym. Tylko na głowie skórzana czapka na uszy. Skośne, niebieskie oczy.
— Aha, asenizatorzy sprawują się dobrze? Podczas twoich dyżurów?
— Dobrze. Teraz jest... — nie wiedziałem jak po rosyjsku powiedzieć „kał“ — zamarznięty i tylko trzeba go odrąbywać.
— „Gówno“, chciałeś powiedzieć.
— Tak.
— Ja nie mam czasu chodzić do latryn. Polegam na tobie. A baraki 132, 133 zostały wygazowane?
— Tak. Inwalidzi musieli się skupić.
— Naturalnie, że musieli. Chodzą przynajmniej porządnie do łaźni?
— Niektórym w zimie się nie chce. Uzbecy marzną strasznie.
— Niech marzną, ale muszą. Powiesz dziennemu dyżurnemu.
— Oni dostają po łaźni często zapalenia płuc.
— Niech dostają. U mnie nie śmie być wszy, ani pluskiew.
Inwalidzi, którzy nago marzną w łaźni. Czekają na ubranie w dezynfekcji. Czuła, że mam jakieś zastrzeżenia.
— Czy ty myślisz, że mnie nikt nie pilnuje? I tak