Strona:Leo Belmont - Pani Dubarry.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


puszczono ją do sekretu: otrzymała do przeczytania jakieś nowele miłosne, wprawdzie nie tłomaczone z Bokacjusza, lecz w ujęciu pewnych przygód dyskretnych przez francuskiego pisarza, wstydliwie ukrywającego swoje nazwisko, nie ustępujące znakomitemu Włochowi. Joanna, zajrzawszy do środka, zrobiła minę surową i głosem przeoryszy rzekła: „Bezbożnice! jak można takie książki czytać!“ — lecz zapewniono ją, że wszystkie już przeczytały tę książkę dzięki rekomendacji panny Reville i już ją potępiły, skąd oczekują, że ona to samo uczyni.
Przeorysza zdziwiła się nazajutrz opóźnieniem się Joasi na modlitwę poranną, zastała ją śpiącą po bezsennej nocy, spędzonej na czytaniu — książka leżała na kołdrze. Obudziła ją okrzykiem zgrozy po przeczytaniu tytułu.
— Ty to czytasz, dziewczyno?! — krzyknęła. Takie rzeczy cię zajmują!...
— Nie! proszę pani... nie czytam, przecież śpię. Tak mnie to znudziło.
— Hm... hm... możliwe! Ale skąd masz tę książkę, nieszczęśliwa?!
— Tak... z nieba spadła.
— Nie kłam!... Nic z nieba nie spada, prócz deszczu.
— A manna?...
Przeorysza zaczerwieniła się:
— Pleciesz głupstwa!
— Jakto?... manna nie spadła z nieba? A pani mówiła, że Pismo Święte...
— To nie jest manna! — przerwała przeo-