Strona:Leo Belmont - Pani Dubarry.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rysza. Takie książki pochodzą z piekła. Zaraz wytłomacz mi się.
— Ależ, doprawdy, proszę pani. Ktoś przerzucił przez mur, kiedy byłyśmy na przechadzce... I sama widziałam, jak to spadało z nieba.
— Na drugi raz nie podchodź za blisko pod niebo... t. j. pod mur! — poprawiła się przeorysza i zwróciła się do siostry Sylwestry, oddając jej książkę: „Spal to!“
Nazajutrz spóźniła się na poranną modlitwę siostra Sylwestra. Tłomaczyła się zagorzeniem przy paleniu książki.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tedy wyjaśnienia Joanny w sprawie książki zgadzają się w głównych rysach z faktami, ale różnią się odcieniem. Podobna zgodność daje się upatrzeć w sprawie obrazu. Joasia nauczyła towarzyszki w czasie spacerów po parku sztuki robienia łuków, nabytej przez nią od chłopców na wsi. Dla wypróbowania tych narzędzi zaprowadziła je do kaplicy i — jak opowiada w pamiętnikach swoich, pisanych w kilka lat po śmierci pani Dubarry, panna Reville, późniejsza pani de Sartines — „Joasia z całą delikatnością zaproponowała nam strzelanie do obrazu św. Sebastjana, jako że ten święty męczennik był już przeszyty wielu strzałami i znajdował w tem osobliwą satysfakcję“. Czyj strzał padł wypadkiem w sąsiedni obraz św. Teresy w istocie było niewiadomo — tedy i tu wyjaśnienia Joasi są słusz-